… i wtedy Eurydyka powiedziała Orfeuszowi, że nie powróci z nim do świata żywych. Nie chciał w to uwierzyć, ale wyraz jej twarzy wskazywał na to, że jest to ostateczna decyzja. Orfeusz stał w bezruchu przez dłuższą chwilę. Jego myśli przybierały najciemniejsze barwy. Uświadomił sobie, że stracił ją na zawsze. Nawet się nie pożegnała. Jej dusza odpłynęła w czeluści Hadesu.
Echo roznosiło muzykę Orfeusza po całym świecie. Nie były to te dźwięki, co kiedyś. Nie posiadały magii, która wnikałaby w ludzkie dusze. Nie wzbudzały zachwytu, nie ożywiały już martwej materii. Były to puste dźwięki, skazane na obojętność otoczenia. Orfeusz czuł, że jego talent gaśnie. Tylko obecność Eurydyki mogła mu pomóc.
Złoty sztylet lśnił tego dnia wyjątkowo. Jego blasku dorównywała jedynie aura zachodzącego słońca. Orfeusz czekał aż zapadnie zmierzch. Z każdą minutą był bliżej swojej miłości.
Ciemność okryła ziemię. Orfeusz nie czuł bólu ani strachu. Jego wola się dopełniła. Kałuża krwi zalała jedwabną narzutę okrywającą łoże.
Przed oczami Orfeusza ukazała się brama Hadesu. Nikt na niego nie czekał oprócz Charona, który miał przeprowadzić jego duszę przez Styks. Wokoło słychać było jęki potępionych, przerażające krzyki tych, którzy cierpieć będą wieczne męki w Tartarze. Wszędzie unosiła się mgła. Orfeusz na nic nie zwracał uwagi. Patrzył przed siebie i czekał, aż ujrzy swą muzę. Tę, dzięki której jego muzyka była najwspanialsza.
Eurydyka była już inną osobą. Patrzyła obojętnie na Orfeusza i chyba go nie poznawała. On, mimo że był teraz przy niej, nie odnalazł swojej miłości. Wena, którą tak bardzo pragnął odzyskać, przepadła, a wraz z nią odeszła w zapomnienie historia o wspaniałym artyście. Krople deszczu brzmiały już inaczej.
Liryczne, trąca strunę żalu w duszy.
OdpowiedzUsuń